Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.
2188 aee5
Reposted byTopielica Topielica
2170 5356
Reposted bynattsumonimich
Sponsored post
2152 2ef9 500
2146 d110
Reposted bysuerue suerue
2114 0ea8
2103 e5c5 500
2101 ffb6
2097 2455
2093 6342

- Pod język? - pyta naiwnie Dawid, jakby chciał w ten sposób przeciągnąć chwilę tego radosnego podenerwowania przed rozpoczęciem podróży. Otwieramy usta i patrząc w nasze odbicia kładziemy kartoniki na delikatnej, ukrwionej błonie wyściełającej nasze usta. Za czterdzieści minut powinniśmy poczuć pierwsze efekty. Notuję dokładną godzinę w notesie.

Czekając na wejście substancji idziemy do sklepu kupić jedzenie i picie. Podniecenie wzmaga się. Każdy przejaw zmienionej świadomości biorę za dobry znak. Czy człowiek na tym plakacie nie wygląda trochę jak anioł? Dawid łaje mnie za moją niecierpliwość, ale widzę po nim, że on także zaczyna coś czuć.
Wyjmujemy ze schowka rozkładane leżaki. Dawid nalega, żebyśmy zdjęli grubą, niebieską folię przykrywającą basen. W środku ogromne, martwe chrząszcze, a także uduszone motyle i robactwo wyściełają dno gęstym wzorem. Kładziemy się na leżakach i pijemy oranżadę przez kolorowe słomki. W końcu Dawid zamyka oczy i odsuwa swój leżak od mojego, ustawiając się twarzą do zachodzącego słońca. Czuję, że coś się dzieje, a może tylko tak mi się wydaje? Teraz próbuję się odurzyć, ale gdy narkotyk uderzy z mocą, będę pragnął trzeźwości. Wchodzę do domku po wieżę i płyty. Rozkładam sprzęt na werandzie. Wybieram niezobowiązującego Satie. Unoszę pokrywę odtwarzacza, wkładam cd i naciskam przycisk „play”. Czuję zapach smażonej kiełbasy. W oddali majaczy jakieś techno. Podkręcam głośność i wracam na leżak.

- Tam pod słońcem jest jakiś jeleń - mówi Dawid patrząc na mnie z przejęciem i niedowierzaniem.

Przymykam oczy. Czuję miłość do świata i całkowitą empatię. Ugryzł mnie komar - miał wybór? Momentami mam wrażenie, że jeśli tylko podniosę powieki, zaraz zobaczę wszystkie cuda o których kiedyś słyszałem, twarde pnie drzew wygną się jak wstęgi, a woda wystąpi z brzegów basenu. Jednak kiedy otwieram oczy świat magii ustępuje znanym, codziennym obrazom. Zmieniamy muzykę na „La mer” Debussyego. Woda w basenie. Zdejmuję skarpetki, podwijam nogawki i zanurzam stopy w zimnej wodzie. Machając nimi powoduję fale. Mimo wzburzonej powierzchni robaki na dnie trwają nieporuszone. Mówię o tym Dawidowi.
- One są elementem, wszystko jest elementem jednej całości - tłumaczy mi, gorączkowo wymachując rękami.

- Oho, chyba już weszło - śmieję się - ale masz oczy wielkie!

Idziemy do lustra. Nasze czarne, gadzie oczy - źrenice tak wielkie, że rozrywają tęczówki. Zaczynam nucić - „czy te oczy mogą kłamać…”. Wszystko jest elementem. Gdy idę do toalety, przykuwa moją uwagę to, czego do tej pory nie zauważałem - obraz, poduszka na kanapie, zgnieciony papierek. Jakich kryteriów używałem do tej pory oceniając ważność rzeczy? Czy to co wielkie musi być podziwiane przez ludzi i monumentalne rozmiarem? Oddając mocz patrzę w lustro na odbicie swojej twarzy - w świecące oczy, w twardy zarost i każdy poszczególny włos. Zapinam rozporek i już cały staję naprzeciw lustra. Czy kiedy w czasie porannej toalety patrzysz w lustro myślisz o tym, że twoja twarz to wielka architektura, twoje czoło - tympanon, oczy - ołtarze, policzki - pilastry, usta - portal, a ty jesteś najpiękniejszym człowiekiem na świecie? Czy tylko poprawiasz włosy i wklepujesz pudry, żeby nie odstawać od średniej na Nowym Świecie i Krakowskim Przedmieściu? Zdecydowanie za mało wierzymy w piękno. Ja na przykład mam bardzo piękną twarz, może nawet najpiękniejszą na świecie. Rozpinam guzik koszuli i odsłaniam płaski, szeroki mostek. Jak teraz wyglądam?

- Chodźmy na rowery! - woła mnie Dawid.

Wybiegam na dwór w rozpiętej koszuli. Dawid wyciąga właśnie wspaniałą, srebrną holenderkę i wraca do szopy. Rower mieni się w słońcu a ja momentalnie zakochuję się w nim i wiem, że cokolwiek się stanie, ten rower musi być mój. Wołam do Dawida głosem nieznoszącym sprzeciwu, gotów posunąć się do każdej okropności, byleby tylko wsiąść na ten boski rower. Dawid śmieje się ze mnie.

- Mamy dwie drogi. Jedną drogą jest Beztroska, drugą Ciekawość. Którą wybierasz?

Jestem już wystarczająco beztroski, decyduję się więc na ciekawość, gotów oddać się tej psychodelicznej inwencji Dawida. Z tych rzeczy rodzi się radosna wiedza i mądrość, beztroska i ciekawość to potęga! Odtwarzamy przygodę Hofmanna. Dawid jedzie pierwszy, prowadząc mnie przez rzeki asfaltu i w końcu zbaczamy na wrzosowiska, całe fioletowe od bzów.

Dzwonię do Szymona:

- To najwspanialszy dzień mojego życia, chciałbym ci to wszystko wyśpiewać! Poczekaj - mówię, nie wypuszczając komórki chwytam za kierownicę i zjeżdżam gwałtownie z niewielkiego wzniesienia, krzycząc z radości, tak głośno, że nawet Dawid, który ma teraz na uszach słuchawki, odwraca się do mnie i uśmiecha ze zrozumieniem.

- Musiało już dobrze wejść. Za chwilę będziesz uginał się od sensów - tłumaczy mi Szymon.

Nagle drganie i śpiew, to rośliny i powietrze rozbrzmiewają potężnym świergotem, który można porównać tylko z orkiestrą świerszczy. W jednej chwili płaczę przez to piękno, którego nie jestem godzien, a moją twarz wykrzywia nieopisane szczęście, którego nie byłbym w stanie w żaden sposób udawać, jakby to sama natura odcisnęła swą pieczęć w mojej miękkiej twarzy, albo wykrzywiała wargi rozgrzanym węgielkiem. Pojedyncze krzaki objawiają mi się w pełnej doskonałości jako kolejni muzycy tej symfonii. Dawid patrzy na mnie z przejęciem, podziwiając moc, która mnie opętała. Jedziemy wzdłuż zgęstniałej, zielonej rzeki, w której pogrzebane są stare łódki, do połowy napełnione glonami i wodą. Na zmianę z Dawidem zatrzymujemy się i zapisujemy nasze przebłyski w notatnikach, po czym wrzucamy je do koszyka na kierownicy i jedziemy dalej.

Potężne uczucia i myśli. Jak często uderza myśl, która rujnuje dotychczasowe postrzeganie świata i staje się fundamentem nowego człowieczeństwa? Z każdym kolejnym zdaniem zanotowanym w dzienniku odkrywam, że minęła tylko chwila. Co jakiś czas spięcie - wracam z tej bezkresnej głębiny do miejsca czasu, a wieczność której doświadczyłem okazuje się tylko minutą. Ptak z błyskiem rozdziera wielkie, niebieskie płótno. Świat ożywa i zaczyna drgać na poziomie atomów. To co do tej pory wydawało mi się małe i nieistotne urasta w moich oczach do niebotycznych rozmiarów, rozsypując w proch hierarchię, która każe segregować rzeczy według ich fizycznej wielkości. Nie ma podziału na to co wielkie i małe, każda rzecz przemawia do mnie na poziomie pojedynczych cząsteczek. Obraz wyostrzył się i ukazało się to, co do tej pory było zakryte, wszystko jest rojem brzęczących cząsteczek. Czy moje pisanie ma wystarczającą rozdzielczość, by bez utraty szczegółów przełożyć ten drgający obraz na papier?

Wracamy. Dawid daje mi swój odtwarzacz muzyczny, na którym leci właśnie Simon&Garfunkel. Mijamy półnagich ludzi w dresach, z szerokimi, owłosionymi torsami, którzy stoją na środku ulicy i smażą kiełbaski. Obok nas pojawiają się dzieci na maleńkich rowerkach. Gdy unoszą nogi z pedałów i wyrzucam je przed kierownicę, dzieci śmieją się głośno - znak że chociaż na chwilę przełamaliśmy tę niemą przestrzeń pomiędzy naszymi światami. Dojeżdżamy do domu i zanim odstawię rower robię jeszcze kilka slalomów pomiędzy młodymi świerkami na działce, śmiejąc się jak dziecko. Jestem bardziej trzeźwy niż kiedykolwiek i w biegu zeskakuję z roweru, który odkładam potem pod ścianę. Zaraz po wejściu do domu zaczynam notować; notatniki nie opuszczą mnie do końca tego wieczoru. Fizyczny kontakt z długopisem i papierem, ostateczny znak, że jestem pisarzem i nie mogę się tego wstydzić - to tylko jedna z wielu dróg, tak jak życie ogrodnika czy pomywacza. Byłem opętany przez nieśmiałość, która nie pozwalała mi mówić głośno - zamiast „jestem pisarzem”, mówiłem o sobie „jestem piszący”, jakby przeciwstawiając się popularnemu obrazowi pisarza-bóstwa. Ale teraz wiem, że kto traktuje poważnie swoją sztukę, musi potraktować poważnie samego siebie. Jestem pisarzem - odcinam kolejne drogi ucieczki, palę kolejne mosty, z każdą chwilą mój wybór staje się coraz bardziej skrępowany przeszłością i podejmowanymi decyzjami. Nie zostanę już lekkoatletą ani muzykiem. Nie skończę studiów. A nawet gdybym dalej zmywał talerze, tak jak robiłem to w Ameryce, miałbym poczucie zmarnowanego życia. Nie przez zmywanie talerzy, ale przez utratę tego owocu, jedynego, który napawa mnie swoją słodyczą. Czy mogę się jeszcze wycofać? Jestem pisarzem - co z tym zrobię?

Dawid zamyka się w pokoju na drugim piętrze, a ja walczę ze sobą, żeby zapisać w dzienniku jakieś znaki, które pokierują mną później, kiedy powrócę do normalnego świata i będę próbował odtworzyć te wydarzenia. Czy będę cokolwiek pamiętał z tych cudów, które nie są halucynacjami, ale wyostrzeniem wizji? A jeśli nawet będę pamiętał, czy będę umiał przetłumaczyć je na nasz codzienny język? Kwas przytłacza mnie nadmiarem doznań, wprawiając świat w drżenie. Gorączka i ból gardła, jakby organizm walczył z tym nowym środowiskiem. Kiedy ostatni raz poezja czy oryginalna myśl odmieniła świat wokół mnie sprawiając, że znane mi rzeczy uderzyły mnie swoją świeżością, tak jakby ziemia zawaliła się i narodziła na nowo?

Gorączka wzmaga się. Chwytam za Tao Te Ching i czytam łapczywie, jakbym wypłynął na powierzchnię i zaczerpnął powietrza. Pierwsze zdanie - krzyk - ruina świata - nowe narodziny - wszystkie te obrazy nagle, w jednej chwili. Czytam drugie zdanie i wiem już, że te słowa opisują świat na poziomie, który odbieram w tej chwili - drogę, której nie da się przedstawić na żadnej mapie, rzeczywistość, która wymyka się słowom. Czym jest kwas? Czy to tylko substancja chemiczna? Psychodelik: z greckiego - poszerzający umysł. A może raczej wywalający duszę na lewą stronę, z wewnątrz na zewnątrz, stawia mi ją teraz przed oczami, bo są we mnie rzeczy które rosną niczym bąbelki wody i próbują się wydostać na powierzchnię, powstrzymuję je, ale ile można się opierać? Jakie oceany są we mnie uwięzione? Nagle przeciek i już nie jestem w stanie tego kontrolować, żeby nie oszaleć pozwalam temu wszystkiemu wypłynąć ze mnie rwącymi rzekami. Czym jest moja skóra, ta cienka powłoka oddzielająca mnie od reszty? Kwas rozszerza moje pory i nagle świat wewnętrzny i zewnętrzny mieszają się w jedno - jestem częścią świata, w żaden sposób nie wyróżnioną spośród martwych chrząszczy na dnie basenu i otaczającej mnie przyrody.

Chaos. Rozrzucam wszystko wokół siebie, na przemian jest mi gorąco i zimno. Ubrania zaczynają mi ciążyć. Zrzucam z siebie koszulę. Chodzę z pokoju do pokoju, gubię notatnik, zaczynam pisać w drugim, gubię drugi, szukam na półkach Biblii, ale nie mogę jej znaleźć, jednym ruchem zrzucam wszystkie książki na podłogę, kucam i przegrzebuję ten stos, jest tylko komentarz do Kazania na górze, może chociaż będzie cytat z piątego rozdziału Mateusza, ale nie, nawet jednego wersetu, gdzie jest ta pierdolona Biblia, kiedy akurat jej potrzebuję? Siadam do Tao Te Ching, gdzie mój długopis? Zgubiłem długopis! Idę do kuchni, otwieram lodówkę, zamykam lodówkę, otwieram szufladę, potem drugą i trzecią, przestawiam jakieś talerze, nastawiam wodę, szukam herbaty, rozrywam opakowanie paluszków, które znajduję w jednej z szafek, paluszki rozlatują się we wszystkie strony, podnoszę jeden z podłogi i zanurzam go w pomidorze, poczym piszę nim na brzegu kartki komentarz do zdania które uderzyło mnie swoją oczywistością. Rzucam to wszystko w jednej chwili i idę zmienić płytę, gdzie dałem Vivaldiego? Biorę inną, puszczam, kładę się na dywanie ale zaraz wstaję bo ogarniają mnie złe myśli, jakby przy podłodze unosiła się jakaś złowroga mgła, spodnie uwierają mnie, zdejmuję pasek i rozpinam rozporek, na czworaka, ze spodniami opadniętymi do kolan, wdrapuję się po schodach do Dawida, pod jedną pachą trzymam rulon kartek z Tao Te Ching, Dawid leży rozwalony na łóżku i słucha muzyki, a gdy mnie zauważa, uśmiecha się i mówi:

- Płynę przez kosmos, o, z tamtą gwiazdką - pokazuje palcem gdzieś za okno.
Tłumaczę mu, że nie mamy czasu, że to zaraz z nas zejdzie, opowiadam mu co przeczytałem, każde słowo znów razi mnie swoją głębią, mówię mu żeby poszedł ze mną do basenu. Odpowiada, że nie będzie pływał ale przynajmniej mnie popilnuje. Niech to we mnie zostanie! Jeśli tak wygląda szaleństwo, to ja pragnę tego szaleństwa! Wychodzimy na zewnątrz, jest już ciemno, zrobiło się bardzo zimno, ale nie myślę o tym, tylko zaraz pozbywam się reszty ubrań i wskakuję do lodowatej wody, cienkie chitynowe pancerzyki pękają pod moimi stopami, zanurzam się pod powierzchnią i wypuszczam z płuc całe powietrze, wypływam, płynę do jednego brzegu, odbijam się od niego i walcząc z żywiołem wody w basenie płynę na drugą stronę, chcę wyjść, tonę, odbijam się i płynę znowu, staję na środku basenu i kręcę się w koło, nagle wokół mnie wystrzelają drzewa, wielkie do nieba, słyszę przejmujące dudnienie pracującego wszechświata, w którym gwiazdy i drzewa są trybami napędzającymi machinę, a każdy mój ruch jest rozpadaniem i stawaniem się świata. Gwiazdy które krążą po nieboskłonie wydają najpiękniejsze dźwięki w całym wszechświecie, poruszają się bowiem po doskonałych orbitach, razem tworzą harmonię sfer niebieskich, do której ludzie przyzwyczajają się wraz z wiekiem i w końcu przestają ją słyszeć. Harmonia ta rozbrzmiewa teraz we mnie niczym pulsowanie umierającego i odradzającego się kosmosu.

Dawid podaje mi ręcznik. Wracamy do domu. Na pewno będę chory. Dawid idzie na górę (bo, jak mówi, czuje się wspaniale i chce porozsyłać ludziom SMSy ze znakiem pokoju). Patrzę w lustro. Mój zarost rośnie, skóra płowieje, oczy płoną przez chwilę i zaraz zachodzą bielmem, włosy wypadają, umieram, potem znów jestem dzieckiem przed którym roztacza się horyzont możliwości, którą droga pójdę tym razem? Nie, nie ma żadnej drogi, znowu starzeję się i umieram. Próbuję wyobrazić sobie w podobnej sytuacji Hofmanna, tego sympatycznego naukowca o olbrzymiej erudycji i klasycznym wykształceniu - czym dla niego było to doświadczenie? Czy również zrzucił kitel i poszedł się jednać z kosmosem? Zaczynam z nim tańczyć. Czuję nagle bardzo mocno, że nie boję się śmierci i zaczynam rozumieć czemu Aldous Huxley w ostatniej chwili zażądał zastrzyku z LSD. Jedyną bliską mi osobą która umarła jest moja babcia (prawdopodobnie ilość zmarłych bliskich odpowiada naszej wewnętrznej dojrzałości), przywołuję ją teraz i składam jej hołd, ona również włącza się do naszego tańca umarłych. Martwi tańczą, trzymamy się za ręce, a ja płaczę ze szczęścia i z bólu rozrywanych tkanek, bo przecież przepoczwarzam się bez chwili wytchnienia, ja - starzec i dziecko, śmierć i życie, szaleństwo i normalność która powraca do mnie falami. Z perspektywy mojej chwilowej nienormalności dostrzegam, że normalność, której się tak kurczowo trzymamy, to prawdziwe szaleństwo otępienia i niewiary. Szaleństwo kurzu i niemocy. Szaleństwo stałości i petryfikacji. Łuski odpadają z moich z oczu i nagle widzę wszystko wyraźnie, tak wyraźnie, że znowu naraz zwijam się na podłodze ze śmiechu i płaczu.

Kwas najpierw doprowadził mnie do rozpaczy, gdyż bez niego nie byłbym w stanie sam wymyślić tego świata na papierze. Teraz zostawia mnie bez języka, który potulnie zwinął się w rulonik i zapadł w gardło. Potem słowo odżywa, a ja widzę jego ciężar, to co mówi, a przede wszystkim to, czego nie mówi. A to czego nie widzimy jest znacznie ważniejsze od tego co widzimy, a to czego nie napiszę będzie znacznie ważniejsze od tego co napiszę, kadr w aparacie nie wydziela obrazu lecz ciemność, która na zawsze pozostanie dla nas zakryta przez zdjęcie. Musimy mieć jakiś punkt obserwacyjny, a psychodeliki, wyrzucając nas poza normalność, dają nam jedyny możliwy punkt zaczepienia, by pisać prawdę o codzienności. Świat wokół nas jest pełen szaleńców, którzy wyprawiają rzeczy, od których gasną słońca i bieleją oczy, tym właśnie jest ta normalność, której się tak kurczowo trzymamy.

Misteria w Eleusis, do których nieustannie odwołują się Hofmann, Huxley, Leary - cały ten samozwańczy kościół psychodeliczny - były objęte tajemnicą której przełamanie karano śmiercią. Dziś, kiedy mamy dostęp nie tylko do LSD, ale również środków nowych, znacznie mocniejszych, misteria uległy pauperyzacji, tak jak sztuka, literatura i muzyka, którą tworzy i czyta każdy, a z drugiej strony w ciągu dnia mogę odsłuchać kilka symfonii i obejrzeć w internecie setki obrazów, każdy o mocy tysiąca bomb wodorowych, zdolnych położyć całe imperia, przemienić wieśniaka w anioła, a wielkomiejskiego chama w eremitę. Jak odnaleźć się w tym przygniatającym nadmiarze geniuszu? W nadmiarze nadmiaru! Ukryjmy się gdzieś i odpocznijmy od wielkoludów, którzy depczą nam głowy! Nie - jeżeli rzeczywiście o tych wspaniałych misteriach geniuszu rozgaduje się każdy, to my też mówmy, tylko piękniej, najpiękniej jak potrafimy głośmy ten nadmiar!

Przestaję zapisywać moje notatniki. Wszystko co napisałem wydaje mi się teraz pozbawione sensu. Strawił mnie ogień, ten który płonie tylko po to, by oczyścić duszę i pozostawić nas pokornych i cichych. Jestem już bardzo zmęczony tym wszystkim. Słucham muzyki siedząc na krześle, ze stopami obwiniętymi kocem i czekam aż narkotyk przestanie działać. Mijają kolejne godziny. Dawid schodzi do mnie i jemy kolację, pierwszy posiłek od ośmiu godzin. Dawid patrzy na mnie uważnie:

- Może spróbuj jeszcze pojeździć na rowerze - doradza mi z troską.
Wsiadam na rower i jadę kilka kilometrów po pustej szosie. Z trudem porządkuję myśli. Sporządzam w głowię listę ludzi, którym dałbym ten niepozorny papierek.

Całą noc nie mogę zasnąć i tylko przewalam się z boku na bok słuchając spokojnej muzyki. Następnego dnia rozjeżdżamy się do domów, ktoś mnie o coś pyta ale mu nie odpowiadam, widzę jakiegoś grubego księdza, znowu jestem w Warszawie i patrzę na ludzi, po raz pierwszy nie myśląc sobie zupełnie nic. Już w progu mojego domu obejmuję matkę i całuję ją czule w policzek. Idę do pokoju i zwalam się na łóżko w ubraniach, szamocząc się ze sobą jeszcze chwilę nim zasnę.

Papierek rozpuścił się po kilkunastu minutach. Kwas przestał działać po kilku godzinach. Nie mogłem zrobić żadnego zdjęcia, zabrać ze sobą niezwykłego kamienia, suchego liścia ani wielkiej muszli. Jak zachować to wszystko inaczej niż całym sobą? Pamiątka, która nie stanie się początkiem kolejnej podróży, jest naszą kolejną śmiercią.

Reposted bytardiusmori tardiusmori
7908 4737
Reposted bybudas budas
7902 710a
7878 6e8a
7873 4e7f 500
7861 9332
7850 6a0a
7771 eb7e
7767 8f04
Reposted bybudassrajacyjednorozeckaharudawiedzmamirowsky
7762 6cca
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.
(PRO)
No Soup for you

Don't be the product, buy the product!

close
YES, I want to SOUP ●UP for ...